Nowy dom

Drodzy, blog został przeniesiony do nowego domu. Teraz szukajcie mnie tutaj: http://cmakulturalna.blogspot.com
Zapraszam i pozdrawiam!
Wasza Ćma.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Na żywo z obrazami Beksińskiego

Z Beksińskim pierwszy raz zetknęłam się na zajęciach z historii sztuki, jedna z moich koleżanek robiła o nim prezentację. Byłam zachwycona! Taki mrok, pesymizm, taka dziwaczność bijąca z tych obrazów. I do tego kolory – wspaniałe, głębokie kolory. Nigdy jeszcze nie zachwyciłam się tak malarstwem, bo muszę przyznać, że to sztuka na której się kompletnie nie znam i obok której zawsze przechodziłam obojętnie (no może z wyjątkiem Chagalla). W każdym razie – Beksiński od tych zajęć siedział mi cały czas w głowie. Później kupiłam książkę Grzebałkowskiej o Beksińskich. Zrozumiałam wtedy poniekąd malarza, skąd te jego wizje. Do tego w środku znajduje się kilka reprodukcji na kredowym papierze, więc tak jakbym miała, choć w miniaturze, to jednak na własność te arcydzieła. No i w końcu wystawa obrazów przyjechała na Zamek Lubelski – zdawać by się mogło, że idealne miejsce dla dzieł Mistrza. Najpierw zamek, później więzienie, teraz atrakcja turystyczna. Zupełnie jak życie Mistrza, choć to może nazbyt śmiałe porównanie. Do Lublina przyjechało sporo obrazów. Pogrupowane były chronologicznie, dzięki czemu można było zobaczyć ewolucję stylu i przede wszystkim, co dla mnie najważniejsze, kolorystyki dzieł. Nie były one oddzielone żadną barierą, więc wzrokiem dotykało się dosłownie każdego szczegółu. Na mnie największe wrażenie robią obrazy ze wcześniejszego okresu twórczego. Wyraziste, mocne kolory – pomarańcze i granaty, to według mnie, oprócz tematyki, element, który sprawia, że te obrazy są takie wyjątkowe. We wnęce, bodajże w latach 70., niespodziewanie natknęłam się na obraz, który mogłabym oglądać w nieskończoność. Nad brzegiem, w samym rogu klęczy postać, obejmuje zwierze, tak samo jak ona zniekształcone – jest to pies, z tyłu otwiera się niebo. Kolory ciemne, stonowanie, wyrwa w niebie ogniście pomarańczowa. Odeszłam od niego, choć mogłabym patrzeć godzinami, ale kolejne obrazy już mnie wołały.
I choć Muzeum w Sanoku prowadzi rzetelnie swoją stronę internetową i obrazy (a także rysunki, fotografie i rzeźby) zgromadzone w muzeum, można sobie swobodnie oglądać, to jednak obcowanie na żywo z tą sztuką jest o wiele głębszym doświadczeniem. Naprawdę polecam.

http://www.muzeum.sanok.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=42&Itemid=140&lang=pl
250028_A7001Zdzislaw_Beksinski_____wystawa_obrazow_oraz_spotkanie_multimedialne
© Muzeum Historyczne w Sanoku
Ten obraz też na długo przykuł moją uwagę. Obecność krzyża, zdeformowane ciała, kolory i niesamowicie precyzyjnie dopracowane detale – charakterystyczne cechy obrazów Mistrza.

Opublikowano Malarstwo | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

To był dobry dzień w niebie do wynajęcia

Lato dla studenta to czas powrotu w rodzinne strony. A wyjazd z Lublina wiąże się z ograniczeniem kulturalnych wyjść. Mieszkam w małej, smutnej miejscowości – tutaj nie dzieje się nic, jednak na całe szczęście niedaleko mam Kielce, a tam od czasu do czasu można zobaczyć coś ciekawego. W ostatni weekend postanowiłam właśnie wybrać się do stolicy na koncert.

Podczas gdy na Kadzielni odbywał się cyrk disco polo (choć niewątpliwie bardziej polo), to w Pałacyku Zielińskiego miał miejsce kolejny plenerowo-ogródkowy letni koncert. Tym razem był to Robert Kasprzycki z zespołem. I choć pogoda tego dnia miała swoje humory i wieczorna aura nie zapowiadała się dobrze, to jednak nie odstraszyło spragnionych dobrej muzyki kielczan i frekwencja dopisała.

Robert Kasprzycki jest przedstawicielem mojego ulubionego gatunku muzycznego – czyli piosenki z tekstem. Już od dłuższego czasu śledzę jego karierę i aż wstyd się przyznać, że dopiero pierwszy raz byłam na jego koncercie. Ale sami rozumiecie, ciężko być wszędzie i widzieć wszystko. Spodziewałam się długiego przyjemnego wieczoru – świetnie zaśpiewanych piosenek przeplatanych dowcipnymi komentarzami. Od znajomych fanów artysty słyszałam, że jest on niezłym gawędziarzem. To prawda, przekonałam się o tym osobiście. Niesamowicie cenię sobie poczucie humoru u ludzi, lubię gdy ktoś potrafi mnie rozśmieszyć, dlatego sama nie wiem czy niedzielny koncert podobał mi się bardziej za zabawne komentarze, czy za ulubione piosenki. I to i to na doskonałym dla mnie poziomie. Artysta ma bardzo dobry kontakt z publicznością, a ta kielecka, trzeba przyznać, była wymagająca. Udało mu się, wszyscy się śmiali, większość się gibała, a 6 osób nawet śpiewało (żart, wszyscy śpiewali ;)). Uznajmy więc że koncert był doskonały w całości. No może jedyną wadą, bardziej techniczną i niezależną od artystów i od organizatorów chyba też, było to, że w ogródku Pałacyku tuż przez koncertem odbywało się jakieś przyjęcie, jakiś kinderbal prawdopodobnie, bo dzieci było bez liku. I część z nich została na czas koncertu. A to wiązało się z dziecięcymi wrzaskami, które zakłócały mi odbiór muzyki. No cóż, nigdy nie może być doskonale.

Sam występ był bardzo dobry. Usłyszeliśmy piosenki z ostatniej płyty „Cztery”, a także najbardziej znane starsze hity, jak chociażby „Niebo do wynajęcia”. Poznaliśmy historię każdego utworu. Muzyk sam tworzy muzykę i pisze teksty, związany jest z Krakowem i tego krakowskiego ducha da się wyczuć we wszystkich piosenkach. Kraków sprzyja artystom, jego duch wisi nad najpiękniejszymi piosenkami. W najnowszym teledysku do „Rozmarynowej” Kraków możemy także zobaczyć. Piękny teledysk, na który warto było tyle czekać. Swoją drogą, „Rozmarynowa” to moja ulubiona piosenka Kasprzyckiego. Najpiękniejsza piosenka o bardzo trudnej miłości. O miłości rozmarynowej. Kolejną moją ulubioną piosenką jest „Zapiszę śniegiem w kominie”, a artysta reklamował ją jako środek na podniesienie cukru we krwi, że jest tak słodka i ckliwa, że gdyby nie to, że ją tak bardzo lubi, to by się jej wstydził. E tam, bez przesady ;).

Opłacało się tak długo czekać na koncert Kasprzyckiego, opłacało się jechać do Kielc, opłacało się posiedzieć chwilę w deszczu (choć ja naprawdę kocham deszcz ;)). Występ był rewelacyjny, Kasprzycki ma ogromny talent muzyczny, gawędziarski i pisarski. Artysta wspominał wielokrotnie, że skończył filologię polską, co na pewno wpłynęło na jego twórczość, bo kierunek ten w specyficzny sposób uwrażliwia na słowo, na jego odbiór i u niektórych na ciekawe łączenie słów. Przytoczę jeszcze jedną opowiedzianą anegdotę – na pytanie skąd biorą się jego piosenki, artysta odpowiedział, że z książek. Z tych, których nie przeczytał i dlatego musi je teraz wymyślać. To bardzo ładne. Wszak wszystko jest poezją.

Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze kiedyś trafić na jego występ, może znów będą to Kielce, może wcześniej Lublin. A jeśli Wy kiedyś zobaczycie w swoim mieście plakaty reklamujące jego koncert, to nie zastanawiajcie się, idźcie! I wiecie co? „To był dobry dzień, taki co zdarza się czasem”.
kasprzycki

Opublikowano Muzyka | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Przez Podwórko do Radia, czyli Zioła w Lublinie

Radio Lublin robi naprawdę dobrą robotę jeśli chodzi o dostęp do muzyki w mieście. Czasem nas nawet rozpieszczają. Na przykład zapraszają na koncert do siebie młodego debiutanta – Piotra Ziołę. Bardzo lubię te radiowe koncerty, mają jakiś swój klimat i urok. Paradoksem jest to, że wydaje się, że jest tak bardzo intymnie, a przecież to radio! A radio to miliony (no, może przesadzam z tymi milionami ;)) słuchaczy gdzieś tam po drugiej stronie. Tak miałam podczas koncertu Skubasa w Studiu im. Agnieszki Osieckiej w Trójce, wiedziałam niby, że jestem tylko ja, muzycy na scenie i grupka znajomych obok, ale gdzieś w głowie miałam taką myśl, że tak naprawdę podsłuchuje nas bardzo bardzo wiele osób rozsianych po całej Polsce. W Radiu Lublin było inaczej, intymność była prawdziwa i faktycznie byłam tylko ja i artysta. Uroki mniejszych miast i lokalnych rozgłośni. A sala koncertowa jest naprawdę fajna, byłam pierwszy raz i nie spodziewałam się tak super miejsca z klimatem.

To tyle o urokach radia, teraz o urokach Piotra ;). Bardzo go lubię! Jest to jednocześnie jeden z tych artystów, który mi uświadamia jak bardzo stara jestem. Bo on jest taki młody! I ma taki talent! I jeszcze na dodatek tyle osiągnie w życiu, bo wie co robić i robi to dobrze. To był jego drugi koncert w Lublinie, o czym sam nawet wspominał, jednocześnie mój jego drugi koncert, bo na pierwszym też byłam. Dokładnie 6 maja uświetnił otwarcie nowego klubu (przestrzeni miejskiej?), czyli Podwórka. Bardzo mi się tamten koncert podobał. Pominę już fakt energii płynącej ze sceny, ale otoczenie, przestrzeń robi bardzo dużo. Podwórko to świetne miejsce do takich kameralnych wytępów. No i do tego ja lubię plenerowe koncerty, mam pewność, że starczy dla mnie powietrza, bo w zatłoczonych klubach to wcale nie jest takie pewne. Zdarzają się wtedy też niespodziewane sytuacje, takie jak na Podwórku – nagle zgasł prąd, zrobiło się ciemno, instrumenty nie działały, a Piotr po chwili konsternacji sięgnął po tamburyn i zaczął śpiewać „Unplugged”. Wielki szacun dla niego! Jedyny mankament plenerowych koncertów jest taki, że wszyyyyscy wszęęęędzie palą, a ja czuję się jak makrela wędzona dymem tytoniowym :(.

Debiutancka płyta Zioły „Revolving Door” jest dosyć różnorodna, ale łączy ją jedno – wszystko jest w klimacie niezłego rock’n’rolla. Takie garażowe granie (zauważyłam, że to ulubione słowo krytyków muzycznych przy młodych rockowych zespołach i zastanawia mnie czy oni faktycznie zaczynają w garażach? Bo zawsze mi się wydawało, że w Polsce są to raczej salki domów kultury, no nieważne). Akurat zespół Piotra pasuje do takiego typowego wyobrażenia młodych chłopców grających w garażu. Tylko oni wyszli już z tego garażu i robią niezły zamęt w sercach nastolatek. Tych starszych nastolatek też ;). Piotr ma świetny kontakt z publicznością, do tego wszyscy razem tworzą bardzo fajną paczkę kumpli, po których widać, że dobrze się ze sobą bawią. Z tej wspólnej zabawy wychodzi kawał naprawdę dobrej muzyki, od energicznego „Django” do spokojnego i mojego ulubionego „Safari”. Naprawdę jest czego słuchać i przy czym się bawić. Czekam na kolejną płytę, na więcej materiału, żeby koncerty były dłuższe. Jedynym, moim zdaniem, mankamentem płyty jest to, że tylko trzy utwory są po polsku. Trochę słabo, bo w polskich utworach głos Piotra naprawdę bardzo dobrze się sprawdza, fajnie byłoby posłuchać więcej takich piosenek. No ale za to dzięki tym anglojęzycznym brzmi bardziej światowo ;).
ziola

Opublikowano Muzyka | Otagowano , , , , | Skomentuj

„Słowa są wolne”

Co jest najgorsze w obecnej polskiej poezji? Polscy poeci. Tak, wiem, stawiam dosyć śmiałą tezę. Należę do tego nielicznego grona ludzi, którzy lubią czytać poezję. Ale parafrazując Szymborską, nie tak jak lubi się pomidorówkę i nie czytać, bo kazali. Czytać, bo czerpać z niej, zachwycać się, zapisywać sobie w notesiku, co lepsze wieszać na ścianie. Zapamiętywać i stawiać kolejne tomiki na półce. Mieć ulubionych poetów, mieć ulubione wiersze. Właśnie tak. Dlatego teza postawiona w pierwszym zdaniu jest śmiała i jak na mnie mocno nietypowa. Ale niestety polska poezja upadnie, zostaną z niej zgliszcza i wspomnienia. Różewicz napisał, że po Oświęcimiu nie ma już poezji, ale sam, wbrew temu, tworzył. I tworzył genialnie. Ja twierdzę, że po Różewiczu nie ma już poetów. Są pseudo-poeci, dla których poezja to zabawa. Jest np. taka pani Witkowska, która stwierdziła, że skoro sześciu jej znajomych mówi, że jej wiersze są fajne, to ona wierzy w to, że jest świetna. „Tak, tak, Ilonko, jesteś świetna” – przytaknęli jej Konrad Góra, Dawid Kasiarz, Andrzej Szpindler. To trzech, więc druga połowa jej fanów była nieobecna. Tak. Spuśćmy na to zasłonę milczenia. Albo nie, ja nie będę żadnej zasłony spuszczała, bo wiecie, ja zawsze, głupia, żyłam w przekonaniu, że jeżeli się tworzy coś, to oczekuje się odbioru, oczekuje się fanów i krytyków, to dla nich się tworzy. Bo jakbym chciała tworzyć dla siebie i swoich znajomych, to ja bym nie szła z tym do wydawcy. Tak zawsze myślałam, wychodzi ze mnie konserwatyzm i beton w myśleniu. Takie nazwiska pojawiły się na czwartkowym „Czytaniu wolności” tegorocznego Miasta Poezji. Miała być jeszcze pani Lech, ale postanowiła, że nie przyjdzie. A co! Wolna jest, więc w ramach wolności osobistej, poczyta sobie kiedy indziej, kiedy będzie chciała. Co ciekawe, zaproszeni poeci byli bardzo zdziwieni „Jak to? Mamy czytać własne wiersze? Myśmy chcieli tylko wypić piwo i zjeść coś”. Więc wierszy ze sobą nie przynieśli! Wyobrażacie sobie? „Poeci” przyszli na spotkanie poetyckie, które w nazwie miało „czytanie” i nie domyślili się, że będą czytać! No ale upór prowadzącego sprawił, że przeczytali. Jedna z komputera, drugi dzięki grzecznościowemu dostępu do poczty, trzeci z pamięci, a czwarty miał jakieś wymiędolone kartki z drukarki. Ja już się nie będę nad nimi pastwiła, co? Dajmy im spokój, niech żyją sobie w swoim świecie, niech nawet będą w nim poetami.

Ale „Czytanie wolności” zostało uratowane na drugi dzień przez ciekawie dobraną czwórkę poetów myślących. Krystyna Dąbrowska, Jacek Dehnel, Edward Pasewicz, Adam Wiedemann. I do ozdoby Joanna Lech. Ludzie oprócz tego, że piszą wiersze, to jeszcze myślą. Mają pojęcie o czym piszą, piszą o sprawach mniej lub bardziej ważnych, lepiej lub gorzej, ale przynajmniej mają własne zdanie, które potrafią w sposób poprawny przekazać. Ja wiem, że określenie „poprawny” jest tu głupie, ale w obliczu czwartkowego spotkania, poprawność jest dosyć istotną kwestią. Czwórka zaproszonych poetów, to mądrzy, świadomi ludzie, a rozmowa z nimi mogłaby toczyć się całą noc i tematy pewnie nie zostałyby wyczerpane. Prowadzący w końcu usłyszał odpowiedzi na swoje pytania: o poezji, o poetach, o wolności, o parytety, itd., itd. Odpowiedzi dosyć odważne, a co najważniejsze – bardzo ciekawe. Bardzo gorącym tematem stały się parytety w poezji. Jest ostatnio problem, że kobiety nie są zapraszane na różne festiwale poetyckie i nie dostają nagród. Młodzi poeci się burzą przeciwko temu, dyskryminacja itd. Dla mnie, samo, ostatnio nadużywane, pojęcie „dyskryminacja” jest kompletnie idiotyczne. Obecni na spotkaniu poeci, jak się okazało, podzielają mój pogląd. Poezja ma dzielić się na dobrą i złą, a nie na pisaną przez mężczyzn i kobiety. To, że kobiety nie dostają nagród, to może po prostu wina tego, że wiersze pisane przez mężczyzn są lepsze. Patrzmy na wiersze, nie na człowieka, który je napisał, bo jak zaznaczył Pasewicz, nagle możemy dojść do tego, że dyskryminowani są leworęczni, praworęczni, ci bez rąk, bez oka, blondyni, bruneci, itd., itd. „Gejaż” tylko jest wysoki, jak zaznaczył żartobliwie Dehnel ;). Dehnel w ogóle zdobył moją sympatię, ja bym mu dała jakiś puchar za uratowanie „Czytania wolności”, żeby nie powiedzieć, że całego Miasta Poezji. Wracając do parytetów, to uwaga! tutaj zdanie w końcu zabrała nasza ozdoba panelu, czyli Joanna Lech. Trochę mi jej szkoda było, bo widać było, że nie mogła się odnaleźć w tej inteligentnej dyskusji, pewnie żałowała, że nie przyszła na wczorajsze spotkanie ze swoimi rówieśnikami, tam by przynajmniej wyróżniła się pozytywnie, chociażby dlatego, że miała swój tomik wierszy. Pani Lech uważa, w przeciwieństwie do reszty, że brak kobiet i dyskryminacja ich na polskiej scenie poetyckiej to poważny problem, który powinien być jakoś zwalczony. Winę tego widzi na zewnątrz, nie wewnątrz. I to tyle jeśli chodzi o panią Joannę, bo w innych kwestiach nie miała zdania. Za to reszta poetów miała, więc dyskusji nie było końca. Jestem bardzo zadowolona z tego spotkania, uwierzyłam dzięki niemu w kondycję intelektualną polskich poetów i może jednak nie będzie tak źle. Może to był specjalny zabieg dla kontrastu? A Dehnel czarnym koniem! Zapraszajcie go częściej.

A odpowiadając na pytanie czy poeta jest wolny i czy słowa są wolne? Tak. Jeszcze tak.
Miasto Poezji 2016

Opublikowano Literatura | Otagowano , , , , , , , , , | Skomentuj

Dobrze będzie, czyli Rogucki w Browarze

Sama jestem zaskoczona, że piszę o Roguckim. Nie to, żebym go nie lubiła. Comę bardzo cenię, jednak solowa kariera była mi raczej obojętna. Od przypadku do przypadku trafiałam na jakąś jego piosenkę. I takim samym przypadkiem trafiłam na koncert. Po tym, gdy stwierdziłam, że walka o tlen pod małą sceną, na której śpiewał Taco Hemingway (którego, nawiasem pisząc, i tak nikt nie słyszał, nawet ci, którzy stanęli kiedyś we właściwej kolejce, gdy Bóg rozdawał wzrost), to dla mnie zbyt trudne zadanie, postanowiłam wrócić pod scenę główną. Nadmienię tylko, bo to ważne, że byłam bardzo wkurzona i zdecydowałam, że teraz będę bawić się świetnie, żeby jak najmniej żałować Taco. No i jak postanowiłam, tak zrobiłam (z wyjątkiem tego nieżałowania). Oprócz singla „Całuj się” nie znałam w ogóle płyty „J.P. Śliwa”, więc wszystko było dla mnie nowością. Koncert tworzył spójną całość, kolejne piosenki łączyły opowieści, których narratorem był tytułowy Śliwa. Opowiadał o sobie. O tym skąd jest, skąd jego imię (oczywiście na cześć wielkiego papieża Polaka), o tym jak było kiedyś, a jak jest teraz i że teraz jest gorzej, a kiedyś wszystko było jasne i poukładane – dziewczyny były dziewczynami, a bieda była biedą. Dla mnie to był trafiony w punkt komentarz współczesnej rzeczywistości. Komentarz człowieka dorastającego w czasach przed transformacją, ale który dorosłe życie musi układać sobie w czasach kapitalizmu i wszechogarniającej dezintegracji. Kolejna opowieść narracyjna prowadziła do piosenki, która poruszała ten sam temat i była jej dopełnieniem. Słuchając płyty niestety już tej ciągłości nie czuję, sama płyta wydaje się już mniej spójna. Co nie znaczy, że jest zła. Jest dobra, ciekawa. I nawet nie przeszkadza mi, że połowa piosenek jest po angielsku, jakoś to pasuje. Oprócz wspomnianego już przeze mnie utworu „Całuj się”, zwróćcie też uwagę na drugi singiel „Dobrze”. Też bardzo ciekawa historia, która już na lubelskim koncercie mnie zainteresowała. Szczególnie w tym wszystkim bardzo pozytywna fraza: „Z perspektywy czasu się pocieszam, że nie ma o czym płakać. Dobrze będzie, dobrze będzie”. Koncertowy materiał Roguckiego jest bardzo różnorodny, przeważają co prawda piosenki mocno rockowe, ale znajdziemy także kilka łagodniejszych, romantycznych wręcz! (znów „Całuj się” ;)). Płytowe aranżacje są jednak bardziej wyważone. Ale jeszcze co do koncertu, nadmienię, że Rogcki to niezły showman! Jego „dzikie tańce” na scenie robiły wrażenie. No, czy może po prostu wzbudzały śmiech, ale zawsze to jakieś uczucie ;). Oprócz całego materiału z nowej płyty usłyszeliśmy także jego największe hity – „Mała” i „Piosenka pisana nocą”. Gdy na dworze panowały już ciemności, zaśpiewał właśnie na bis „Małą”, co wprawiło w naprawdę cudowny nastrój. Oby więcej takich koncertów! Takie mam życzenie na przyszłość ;).
8415006-piotr-rogucki-900-597

Opublikowano Muzyka | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Mikromusic w Browarze

To był pierwszy koncert Mikromusic z „Matką i żonami” w Lublinie, a więc czekałam na niego bardzo długo. Tym bardziej, że to był jednocześnie mój pierwszy koncert zespołu z Wrocławia. Uwielbiam ich od samego początku – odkąd tylko ich poznałam i zaczęłam śledzić to co robią. Do tego zagrali na lubelskich Kozienaliach w szczególnym dniu – 22 maja, to Dzień Praw Zwierząt. Nie wiem na ile to był przypadek, a na ile celowa decyzja, by zacząć go od „Za mało”, piosenki bardzo poruszającej i ważnej w moim odczuciu, która mówi o cierpieniu i krzywdzie wyrządzanej zwierzętom. Później usłyszeliśmy całą najnowszą płytę – dla mnie to jedna z najlepszych polskich płyt ostatnich lat. Cała tworzy spójną kompozycję muzyczną i tekstową. Bardzo często gości w moim odtwarzaczu. Nową płytę zaczęli grać od mojej ulubionej od pierwszego przesłuchania – od „Matki Teresy” i już wiedziałam, że koncert będzie rewelacyjny. Między najnowszymi piosenkami muzycy zagrali kilka starszych utworów, między innymi chyba najbardziej znaną, co wnoszę po reakcji publiczności, czyli „Takiego chłopaka” – i żeńska część publiczności ochoczo włączyła się do śpiewania. Pamiętam, że kiedyś wywołała ona niemałe kontrowersje, bo niektórzy brali zbyt dosłownie tekst i panowie się oburzali, że jesteśmy zbyt wybredne ;). Na koniec, ku nie tylko mojej uciesze, najbardziej optymistyczna piosenka – „Niemiłość”, a chóralne zaśpiewanie refrenu przez samą publiczność dało naprawdę piękny efekt, co, widać było, sprawiło także radość zespołowi.
Koncert Mikromusic to ogromna różnorodność muzyczna – od piosenek z elementami jazzu, do których głos Natalii Grosiak nadaje się idealnie i które dla mnie osobiście są niesamowicie piękne, przez mocno rockowe utwory z solówkami na gitarze (np. „Zakopolo”), do elektronicznych brzmień. Taki przekrój świadczy o niesamowitym talencie zespołu i o tym, że nie zamykają się oni na jeden gatunek, tylko ciągle próbują czegoś nowego, bez monotonii, która tak zabija muzykę. Do tego zespół jest przesympatyczny – widać między nimi miłość, radość bycia razem na scenie, wspólna wymiana spojrzeń i uśmiechów.
Ich koncert to naładowanie dobrocią i miłością. Odprężenie, które musi teraz wystarczyć na całą nadchodzącą sesję ;).
mikromusic-matka-i-zony

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

I żyli krótko i nieszczęśliwie

Najgorszy początek bajki, nie? Trudno wyobrazić sobie, by stało się po tym coś dobrego. Trudno wyobrazić sobie, by cokolwiek się po takim początku stało. No i racja, nic się nie wydarzy, bo to koniec. Tyle że na początku. Mamy do czynienia z narracją wsteczną. „5×2” (Pięć razy we dwoje) to film, który mogliśmy ostatnio obejrzeć w ramach Benshi, czyli dyskusyjnego klubu filmowego w Centrum Kultury w Lublinie. I właśnie ten film jest jednym z ośmiu, w których zastosowana jest narracja wsteczna, bardzo ciekawe rozwiązanie, z którym ja spotkałam się pierwszy raz. Czechosłowacki „Happy End” (czy raczej „Stastny konec”) był pionierem tego typu narracji. Co ciekawe, w Polsce również stworzono film w tej konwencji, jest to „Matka Teresa od kotów” w reżyserii Pawła Sali, którego ja znam jako świetnego dramaturga, autora „Od dziś będziemy dobrzy”, rewelacyjnego dramatu, który znalazł się w mojej ulubionej antologii Romana Pawłowskiego – „Pokolenie porno i inne niesmaczne utwory teatralne”. Jeśli film jest tak samo dobry jak dramat, to śmiało mogę polecić, sama pewnie niebawem po niego sięgnę. Ale to trzeba mieć nastrój na tak trudne tematy.
Wracając do „5×2”, reżyserem jest François Ozon, znany chociażby z „8 kobiet”, które również mogliśmy obejrzeć w Benshi. Czemu pięć i czemu we dwoje? Czemu krótko i czemu nieszczęśliwie? Bo jest to historia dwojga ludzi – Marion i Gilles’a. Poznajemy ich w trakcie rozwodu. I jest to jedna z pięciu scen ich krótkiego wspólnego życia. Bardzo nieszczęśliwego życia. Marion to chyba najsmutniejsza kobieta we Francji. Zaczyna się od rozwodu a kończy na ich wspólnym początku – na tym polega właśnie narracja wsteczna. Ma ona zmusić widza do myślenia, bo to nie jest łatwe wiedzieć jaki będzie koniec. Możemy utożsamić się z bohaterem i retrospektywnie przypominać sobie całe życie. A możemy po prostu poczuć się jak zwykli widzowie, którzy podglądają urywki z życia tej dwójki. Ozon przedstawia akcję w pięciu krótkich scenach, które doprowadzą nas kolejno do początku. Przeżywamy smutne i radosne chwile tej pary. Choć bardziej smutne, bo reżyser chce nam pokazać czemu to wszystko skończyło się rozwodem, chce usprawiedliwić jakby to właśnie wyjście. Trochę się wygadałam, że Marion nie była nigdy szczęśliwa. Miała bardzo dziwną noc poślubną, tak samo jak bardzo dziwną noc porozwodową. Nic w jej życiu nie szło tak jak być powinno. W jej najważniejszych chwilach zawsze kogoś brakowało. Przez pokazanie głównie emocji i przeżyć kobiety, bardziej się z nią utożsamiamy, bardziej jej współczujemy niż jemu, wydaje się, że to tylko ona cierpi. Po początkowym fragmencie jego wręcz nienawidzimy. Choć gdy się przyjrzymy dobrze tej relacji, to zobaczymy, że i on nie ma szczęśliwego życia. Gdy będziecie oglądać, to zwróćcie uwagę na scenę, gdy on mówi jej „Kocham cię”. Zwróćcie uwagę na jej reakcję i odpowiedź. To nie było łatwe małżeństwo. Początek miłości był zły, koniec jeszcze gorszy. Film pokazuje nam właśnie, że miłość to nie jest łatwa sprawa, że nie wyjdzie nic dobrego z małżeństwa ludzi, którzy nie są ze sobą dobrze dobrani. Takie banały, prawda? Ale może Platon miał rację z tymi połówkami?
Oprócz miłości, czy raczej jej braku, film porusza także szereg innych problemów społecznych. Pojawiają się chociażby trudne relacje rodzinne, homoseksualizm czy przemoc wobec kobiet.
Godny zobaczenia, chociażby na szalenie ciekawe rozwiązanie z odwróconą chronologią.
Moja ocena: 8/10.
5x2

Opublikowano Film | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Kontestacje Teatralne, czyli bunt na scenie

Ćma jest kobietą i jak prawdziwa kobieta uwielbia dostawać prezenty. Ostatnio dostała całe trzy dni spektakli teatralnych. W Lublinie, gdzie Ćma na co dzień urzęduje i stara się brać jak najwięcej, w ostatni weekend organizowany był XII Studencki Ogólnopolski Festiwal Teatralny „Kontestacje”. I było co najmniej kilka (jak nie więcej) powodów, by się tam udać. Raz, że Ćma teatr lubi i to bardzo, dwa, że za darmo, trzy, że miały to być studenckie teatry kontestujące. A musicie wiedzieć, że gdyby Ćma nie była Kulturalna, to pewnie byłaby Kontestująca ;). O Festiwalu słyszałam opinie, że będzie dziwnie i jak ktoś lubi dziwnie, to koniecznie musi pójść. No więc poszłam.

Pierwszy dzień rozpoczęliśmy z krakowskim Teatrem Graciarnia. Było zabawnie, ironicznie, nieco wulgarnie. To było jak wejście w tajny męski świat. Jak wejście do męskiej szatni w przerwie meczu. Odniesienie nie takie przypadkowe, ponieważ rzecz dotyczyła piłki nożnej. Sześciu mężczyzn, przypadkowo wybranych z książki telefonicznej, reprezentuje San Marino w meczu z Polską. Ich największym problemem jest kolor koszulek, ponieważ kanarkowy (tak, kanarkowy!) nie pasuje do barw narodowych, a poza tym materiał może zniszczyć skórę, bo to pewnie coś sztucznego, choć nie wiadomo, bo na metce napisane po angielsku. Trochę też przejmują się tym, że nie są zawodowymi piłkarzami, że grać nie umieją, że na pewno przegrają i że najlepiej oddać walkowerem, to wtedy osiągną najlepszy wynik w historii (dowiedziałam się, że walkower to 3:0, a więc teatr nie tylko bawi, ale też uczy!). Nie będę się dłużej rozpisywać, spektakl trafił idealnie w moje poczucie humoru. Mówiłam już, że jak w męskiej szatni? Więc muszę dodać, że wcale, ale to wcale na moją entuzjastyczną opinię nie wpłynął fakt, że panowie w ostatniej scenie wystąpili bez koszulek. Wcale a wcale! Aktorzy są bardzo sympatyczni, z ogromnym dystansem do siebie, a z podsłuchanych rozmów z zakulisowych dowiedziałam się, że jako grupa czują się podobnie jak odgrywana drużyna piłkarska. Ćma bawiła się przednio, wejście w męski świat to świetna zabawa, następnym razem pójdę na prawdziwy mecz i zabłąkam się niechcący do szatni. Challenge Accepted!
Ale nie ukrywam, że na drugi piątkowy spektakl czekałam bardziej. „Pierwszy raz” miał być o pierwszym razie, o miłości, o problemach i zmaganiach dotyczących tegoż. Znaczy romantycznie, z nutą pikanterii. Czyli ciekawie się zapowiadało. A jakie rozczarowanie mnie spotkało! Co prawda było tak, jak Białe Słonie zapowiadały: była Ona – Magda – typowa kobieta/dziewczyna, która chce przeżyć swój pierwszy raz pięknie, w sposób wyjątkowy, dokładnie tak jak sobie zaplanowała. Do jej scenariusza miał się podporządkować On – Karol. Jednak jej niezdecydowanie i jego zniecierpliwienie ciągle nie mogło doprowadzić do… no sami wiecie czego ;). Było momentami wesoło, nawet się uśmiałam patrząc na ich bezradność. Były chwile gdy współczułam chłopakowi, bo uświadomiłam sobie, że my kobiety często właśnie takie jesteśmy, że same nie wiemy czego chcemy. I jak wy z nami wytrzymujecie? No ja sama nie wiem. Pewnie na tej samej zasadzie jak my z wami ;). A skrzydełka to już mi opadły na dialog:
Ona: No idź sobie! Odechciało mi się!
On: No dobra, to idę (wychodzi)
Ona: No weź, nie wychodź, żartowałam, tak tylko cię sprawdzałam.
Znane, nie? ;)
Słuchajcie! Słuchajcie! Ale było coś, co mnie zaskoczyło i sprawiło niemałą radość. Między jego kolejnymi przyjazdami do niej, podróż obrazowała „Następna stacja” Taco Hemingwaya! Od mocnego bitu zaczął się cały spektakl, co trzeba przyznać, bardzo dobrze Ćmę nastawiło. No ale czy mi się w całości i ogólnie podobało? Pozostanę w klimacie przedstawienia i odpowiem: Domyśl się!

Drugi dzień Festiwalu, to czterogodzinna przygoda teatralna. Dwie duże sztuki – najpierw „To Face” Teatru Krzyk z Maszewa, a na koniec dnia „Wizyta” rodzimego Teatru ITP. W międzyczasie dwa performace’y – taneczna „Hemogemonia” Eweliny Drzał-Fiałkiewicz i rodzinne opowieści w „Pociągu na Syberię” Ekateriny Sharapovej. Nie będę opowiadała o wszystkim, ponieważ nie wszystko jest warte opowieści. Pomimo tego, że jednym z cichych marzeń Ćmy jest podróż koleją transsyberyjską, to opowieść o tęsknocie i Rosji w rytm stukotu kół pociągu jakoś nie zainteresowała. Co do tańca… hmmm… nie będę ukrywać, że nie był on nigdy sztuką, która doprowadzała mnie do głębszej refleksji. Istotne jest także to, że sala widowiskowa Inkubatora nie nadaje się do oglądania występów „turlanych”. Dobrą widoczność ma tylko pierwszy rząd, reszta widowni musi zdać się na swoją wyobraźnię. Ten sam problem miałam przy scenach „podłogowych” w „Pierwszym razie”. Co do „Hemogemonii” – połowy nie zobaczyłam, a drugiej połowy nie zrozumiałam. Nie ta wrażliwość.
„Wizyta” to bardzo poprawnie zagrany, dobrze wypracowany klasyczny spektakl teatralny. Taki z gatunku – patrzysz, widzisz, rozumiesz od razu. Ogromne brawa dla odtwórczyni roli Klary, czyli tytułowej starszej pani, na wizytę której czeka całe miasteczko. Dziewczyna ma ogromny talent i wróżę jej wielką karierę (choć niestety wróżka ze mnie marna). Spektakl niestety dłużył mi się niemiłosiernie, zupełnie jak wizyta niechcianych gości. Wspomnę tylko o jednym momencie. Jedna z ostatnich scen, gdy aktorzy grają z zapalonymi świecami – rewelacyjny efekt, wręcz magiczny. Całość poprawna, taka miła, taka trochę jak rosół. Ale czy buntownicze teatry studenckie chcą być rosołem? Po prostu Teatr ITP nie jest buntowniczy. A może kontestuje kontestację? Można i tak, zawsze to jakieś wyjście.
Za to rosołem na pewno nie był Krzyk. Och, co to było za przedstawienie! Ile emocji! Duch Mrożka unosił się nad sceną. Wszystko tonęło w oparach absurdu. Na scenie dwóch mężczyzn w tym jedna kobieta. Nie wiadomo kto gra kogo, kto jest kim i czego ta gra dotyczy. Czy to wszystko jest odbiciem w lustrze, snem, a może po prostu grą kochanków? Przełamywanie ról, zmaganie z własną tożsamością, a wszystko wykrzywione przez groteskę sytuacji. Pytań, niepewności, niewiadomych jest wiele. Ja jestem zachwycona! Takiej kontestacji właśnie oczekiwałam. „To Face” – zapisuję do ulubionych.

Jeśli chodzi o trzeci i ostatni dzień festiwalu, to wszystkie cztery przedstawienia były na podobnym wysokim poziomie. Idealnie dobrany finał. Każda grupa niosła w swoim przekazie bunt. Najmocniej, najgłośniej i najodważniej przekazał nam ten bunt rozpoczynający dzień Duet Siksa. Mocny, postpunkowy zespół reprezentujący scenę D.I.Y. Jeśli chodzi o teorię, o założenia i przekaz, to scena ta była mi znana już wcześniej, jednak nigdy nie widziałam na żywo ich występu. Nie ukrywam, na początku było to dla mnie jak mocne uderzenie w twarz. Zresztą domyślam się, że nie tylko dla mnie, bo część publiczności ze świętym oburzeniem wychodziła w trakcie występu. Ja przez moją ciekawość i zrozumienie dla tego typu przekazu zostałam do końca. Czym jest D.I.Y? Jeśli punk nazwiemy muzyką buntu, to wyobraźcie sobie, że scena D.I.Y, kolokwialnie mówiąc, uważa punkowców za cieniasów, którzy się sprzedali. Odrzucają oni wszystko co związane z kapitalizmem i jakąkolwiek instytucją. Kontestacja w czystej postaci. Występ Siksy komentował w dość mocny sposób współczesny świat i problemy. Feminizm, uchodźcy, ONR, sex, nastolatki, celebry ci. O wszystkim głośno i wulgarnie (czego Ćma akurat nie popiera). Podobnej tematyki dotyczył ostatni występ, czyli rodzimy Teatr Imperialny UMCS. Kluczowym hasłem „Spowiedzi masochisty” było – Każdy może być zboczeńcem. I czy zboczeniec, masochista też ma prawo do szczęścia? Co prowadzi do szczęścia? Jak wygląda współczesny świat i dlaczego tak mało obchodzi nas śmierć Chińczyka. Świetnie zagrana, świetnie przemyślana mocna sztuka. Dokładnie tak wygląda współczesny teatr i dramat. W takim właśnie kierunku protego języka i odważnej krytyki idzie najnowsza dramaturgia. I cieszę się, że Teatr Imperialny zrozumiał to i wprowadza na lubelską scenę teatralną. Między tymi mocnymi, buntowniczymi przedstawieniami mogliśmy obejrzeć jeszcze dwa inne. Najpierw „Kwiat paproci” – czyli opowieść o tym, jak to czerwona sukienka i szpilki potrafią wszystko zmienić (i Ćma się całkowicie z tym zgadza!). A tak naprawdę, to opowieść o kobietach. O życiu kobiet, trudzie i przemianie, jaka w każdej z nas może się dokonać, a czerwona sukienka i szpilki to tylko metafora tej przemiany. Piękny i poruszający spektakl wokalno-taneczny. Z kolei rozluźnienie i dobrą zabawę przyniosła „Herminia, czyli Amazonki”. Sztuka łącząca tradycję antyczną z nowoczesnością. Świetna zabawa, która poruszyła całą publiczność. Brawa dla aktorów!

No i tak właśnie skończył się XII Studencki Ogólnopolski Festiwal Teatralny „Kontestacje”. Trzy dni, dziesięć występów i miliony emocji. Warto było to wszystko zobaczyć, warto było się przekonać, że teatr studencki ma się ciągle dobrze. Ludzie, korzystajcie z tego, przychodźcie, oglądajcie. Takie wydarzenia, otwarte dla wszystkich nie będą się zdarzały często. A to było obcowanie z teatrem, obcowanie z najwyższą formą Sztuki, takiej przez duże SZ.
Krzyk
Teatr Krzyk, zdjęcie pochodzi ze strony Teatru.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , , , , , | Skomentuj